Odbiła mi palma. I to wcale nie jedna, o nie, co najmniej sześć. Tyle palm bowiem dzisiaj namalowałam. Farbami. Na brystolu. Ja, która przygodę z farbami zakończyłam w gimnazjum.
A wszystko przez taką jedną wariatkę, co jakiś czas temu wpadła na pomysł imprezy urodzinowej w stylu hawajskim. A że ja jestem równie wielką wariatką, to temat podłapałam. Więcej nawet - napaliłam się na tę imprezę równie mocno jak organizatorka. No więc produkuję palmy, szykuję strój i już się nie mogę doczekać, aż wyjedziemy z Radomska.
A w ogóle to cały czas nie wierzę, że w sobotę na tej imprezie będą trzy najbliższe mi osoby. 3 x M :) ojj będzie się działo!!
Co poza tym ciekawego? Poza mną wszyscy zdrowi. Chyba. Piszę 'chyba', bo jak patrzę na mojego kota, to wcale nie jestem tego pewna. Emilka (a może Emil) zalicza wszelkie możliwe kable które mam w pokoju. Skacze, gryzie, rzuca się na nie, potem odskakuje, chowa się i znowu się pojawia. I jest już prawie dwa razy większa niż na początku - no ale wcale się nie dziwię, jak tyle je to nie ma innej opcji.
Moi rodzice na jej punkcie wprost oszaleli. Aż czasem czuję się, jakbym miała w domu małe dziecko. Nawet doszło już do tego, że ona dostaje prezenty, a ja tylko mogę sobie pomarzyć (o nowej szafeczce na przykład do pokoju).
A właśnie, mam nowy pokój. Nooo, prawie. Wystarczyło tylko, że kupiłam nowe zasłony (takie bordowo-fioletowe). I przestawiłam komodę na miejsce biurka a biurko na miejsce komody. I pozamieniałam rzeczy stojące na parapecie. I narzuciłam fioletową chustę na fotel. No i już mam nowy pokój. Teraz jeszcze tylko ta szafeczka od taty (żeby mi kot po drukarce nie chodził!), krzesło, lampka na biurko... i na rok mi starczy :)
No nic, biorę kota (bo już oszalał zupełnie) i idę szaleć. Bo energia mnie wprost rozpiera! :)
A oto i mój kot, już gotowy na hawajską imprezę: